ANDRZEJEWSKI, TADEUSZ - Porucznik 15. Pułku Ułanów Poznańskich, weteran września 1939 r. Emerytowany weterynarz z Gniezna, który wymyślił i poprowadził rajd konny szlakiem bojowym poznańskich ułanów od Rogalina po Bielawy pod Łęczycą.
    W 2000 roku wyruszył konno na szlak wraz z jedenastoma młodymi ułanami. - Zamiłowanie do jazdy konnej ma się w genach - twierdzi. Pradziad i dziad Andrzejewskiego służyli w kawalerii pruskiej. Ojciec pracował od 1909 r. w pruskim, a następnie polskim Państwowym Stadzie Ogierów w Gnieźnie. Z końmi miał więc do czynienia od małego. - Mieszkaliśmy dziesięć kroków od stajni. Jeździć zacząłem jako czternastolatek. Płakałem, bo nie mogłem jeszcze ogiera utrzymać. Matka też płakała, a ojciec milczał - wspomina swoje pierwsze kawaleryjskie doświadczenia. Kiedy poszedł do gnieźnieńskiego gimnazjum im. Władysława Chrobrego, ojciec zaczął go odganiać od koni do książek. Bez skutku. Po gimnazjum młody Tadeusz zdecydował się na naukę w Rotmistrzowskiej Szkole Podchorążych Rezerwy w Grudziądzu. - Kto nie przeszedł przez Grudziądz, nie mógł być oficerem kawalerii - uzasadnia. W 1937 r. był już podchorążym. - Poszedłem na studia weterynaryjne we Lwowie. Ale przyszła wojna - opowiada.
    3 września 1939 r., kiedy Luftwaffe zbombardowała gnieźnieński dworzec i koszary, otrzymał białą kartę mobilizacyjną z czerwonym pasem - powołanie do ośrodka zapasowego Wielkopolskiej Brygady Kawalerii w Kraśniku (Lubelskie). Dojechał tam pod bombami pociągiem i autostopem 7 września. - Mieliśmy tam szkolić ułanów na potrzeby frontu, ale front się załamał - relacjonuje. Naocznie przekonał się o IV rozbiorze Polski: wraz z towarzyszami przebijał się pomiędzy nadciągającymi z zachodu oddziałami Wehrmachtu i zmierzającymi od wschodu zagonami Armii Czerwonej. Do Gniezna dotarł w listopadzie. Czuł się jednak zagrożony, Niemcy deptali mu po piętach. - Uciekłem do Generalnej Guberni, do pracy. Zatrudniłem się jako sanitariusz i masztalerz w Stadzie Ogierów w Bogusławicach pod Tomaszowem Mazowieckim. Mieliśmy tam spokój do końca wojny. To była prawdziwa oaza, bo wszystkie stadniny znalazły się pod niemieckim zarządem wojskowym. Nikt nas nie inwigilował - tłumaczy.
    W 1944 r. Niemcy ewakuowali stadniny z załogami do Niemiec. Andrzejewski trafił do Szlezwika-Holsztynu. Po wyzwoleniu przez Anglików nie wrócił od razu do Polski. Zrobił studia, a potem doktorat z weterynarii na Hochschule w Hanowerze. Kiedy przez Szczecin powracał do kraju w 1947 r., przywiódł do Polski 1500 wywiezionych przez hitlerowców polskich koni zarodowych. - To była podstawa dalszej hodowli. W Polsce po przejściu frontu nie było żadnych koni - mówi. Jako weterynarz pracował m.in. w Janowie Podlaskim, Posadowie, Racocie, Gnieźnie. - Lubię moją pracę, ale to niewdzięczna praca. To ciężki zawód, brudny. Jak pacjent poda lekarzowi rękę, to lekarz jedzie do szpitala - żartuje.
Dziś, mimo 85 lat, Andrzejewski niestrudzenie uczestniczy w licznych konnych rajdach po kraju. Jak mówi, nie ma w Polsce stadniny, gdzie go nie znają. - Co potrzebowałem, zawsze dostałem. Z końmi nie miałem problemów - chwali się. Każdy dzień rozpoczyna jazdą konną. - Wstaje o 6.30 i zaraz idzie do Stada Ogierów. Jeździ konno do 9.00. Potem je śniadanie, spaceruje albo pracuje w ogrodzie - opisuje tryb życia porucznika mieszkająca z nim starsza siostra. - Brat nie pali ani nie pije. Co najwyżej kieliszek koniaku albo wina, jak przyjdą goście - dodaje.
    Andrzejewski uchodzi za człowieka o wesołym usposobieniu. Nie opuszcza go zresztą nie tylko ułańska fantazja. Gdy trzeba coś załatwić, wsiada w peugeota 106 i jedzie. Jego przepis na doskonałą sprawność fizyczną nie ma związku z żadną cudowną dietą. - Po prostu bardzo lubię chodzić. Co roku wraz z młodzieżą, 19-latkami, idę w pielgrzymce do Częstochowy. Bardzo mnie to odmładza. Już szesnaście razy byłem - wyjaśnia. - Proszę tego nie notować, żebym na bigota nie wyszedł - komentuje z uśmiechem. Na pomysł konnego rajdu wrześniowym szlakiem bojowym 15. Pułku Ułanów Poznańskich wpadł trochę z zazdrości. Jeździ bowiem często do Krojant na Pomorzu (miejsca pierwszej szarży kawaleryjskiej we wrześniu 1939 r.) i widzi, jak ogromnym zainteresowaniem cieszą się tam każdorazowo obchody rocznicowe. - Trzeba było rąbnąć w naszą poznańską stagnację - mówi twardo. Przedsięwzięciem zainteresował się oddział konny, działający przy Towarzystwie Byłych Żołnierzy i Przyjaciół Pułku. Z Rogalina wyruszył 11-osobowy oddział młodych ułanów pod nieformalną komendą porucznika Andrzejewskiego. - To było wspaniałe przeżycie. Wspaniali ludzie, mieli dobrze przygotowane konie - wspomina.
    Jego wielkim marzeniem było, aby rajd znalazł kontynuację. - Ten mój projekt jest po to, by zainteresowała się nim młodzież. By wiedziała, co to jazda. Ona tego łaknie, przy ognisku na rajdach słucha takich opowieści z otwartymi buziami. Nasza młodzież nie jest taka zła, tylko trzeba się nią zająć - twierdził z przekonaniem porucznik.
    Dziś jednak wiadomo, że chętnych by nie brakowało, ale... nie ma na to pieniędzy. - To wszystko kosztuje - przyznaje ze smutkiem w głosie porucznik.
    Tekst: Gazeta Wyborcza (11-01-01) Piotr Bojarski

Urząd Miejski w Gnieźnie

Realizacja: IDcom-web.pl

Zdjęcia: Jerzy Andrzejewski oraz Archiwum UM